środa, 25 września 2013

Jesień idzie... L'automne approche...


Bonjour!

     Jesień... 
Tym razem nie będę się rozpisywać.
 Bo kocham lato, ciepło, słońce, 
długie dni, kawkę pod altanką, rosę o poranku i ptasie trele.
 Nie lubię tej dramatycznej i nieuniknionej świadomości, 
że to już koniec tego miłego, że zimno, zimniej, słota, wieje... 
i coraz ciemniej kiedy się wraca z pracy.
 Że już trzeba przepalić, ciepłe skarpetki i swetry powyciągać.

    Na przekór temu, że za oknem pogoda depresyjna, paskudnie, leje i ziąb wielki, 
pokazuję zdjęcia sprzed kilku dni, pełne słońca i ciepła.
Oby piękna Pani Jesień jeszcze zdążyła do nas powrócić!

W sadzie klęska urodzaju.



sobota, 7 września 2013

Stara kanka w kwiatkach, kropkach i kratkach. Ancienne laitière en fleurs, pois et carreaux.


Bonjour !

     Dostałam ją na wiosnę.
 Postawiłam  przy ścianie domu, na tle dzikiego wina. 
Wcale źle nie wyglądała w oryginalnej "srebrno"- podrdzewiałej szacie,
 z licznymi zarysowaniami i ubiciami. 
Takie stare przedmioty mają duszę 
 i już samym swoim istnieniem będąc w zasięgu wzroku go przyciągają.



      I gdyby nie wyzwanie na forum decoupage 24,
 zapewne stałaby tak sobie nadal w stanie dziewiczym,
 nie tknięta.

     Temat  "W kwiatkach, kropkach i kratkach" 
nie należał raczej do łatwych. 
Nie miałam pojęcia jak połączyć ze sobą te trzy elementy.  
Bo albo kwiatki  i kropki albo kwiatki i kratki.
 Ale z kropek i  kratek razem z kwiatkami może wyjść twór
 nadający się jedynie do przeróbki albo do kosza. 
 Wziąwszy więc i taką ewentualność pod rozwagę 
dumałam nad przedmiotem, który by to wszystko przyjął,
 którym nie ryzykowałam zmarnowania, 
i który z pewnością nie musiałby wyruszyć w świat
 do innego właściciela.

     No i padło na tę staruszkę nazwaną 303A, numerem domu,
 spod którego w tamtych czasach zabierano do mleczarni
 świeżutkie mleko, takie prosto od krowy.

Nie ryzykując niczego i nie przejmując się zbytnio konkursem 
zabrałam się do roboty. 
Całkowicie na luzie zakładając mieć fajną  i interesującą zabawę .
 Zresztą sama byłam ciekawa efektu końcowego. :)

Szlifierka zdarła jej tożsamość wypisaną rudą farbą olejną
 i w miarę możliwości wygładziła ślady rdzy,
 zadrapania oraz temu podobne oznaki zużycia.

Przystąpiłam do liftingu.
 Rozpoczęłam od dokładnego zabezpieczenia
 całej, niemałej zresztą, powierzchni podkładem antykorozyjnym 
rozumując, że skoro już czas temu poświęcam, 
to ma być robione jak należy.

Z doborem motywów nie było łatwo.
 Szufladkowałam skojarzenia: 
 kanka...  mleko, krowy....  krowa, łąka... woda, studnia.... wieś, gospodarstwo... , łąka, kwiatki... obraz sielski... cisza, spokój...  kotek i płotek, malwy... ciepło, wakacje, goście... .
No i maaam!!!

Wiedziałam, że kratka znajdzie się na spodzie
 i na pewno zamknie całość u góry.
Tylko te kroooopy!!!! 
Najłatwiej pochlapać szczoteczką, pędzlem! 
 Ale nie... nie chcę tak!
Dam je na pewno nad "niebem".
 Jakie ? Niebieskie... Nie!  
Przy zielonej kratce - nie bardzo... a kratka MUSI być zielona!
  No to zielone, jasnozielone!
Malowałam odręcznie
a... następnego dnia papierek ścierny, farba i nie ma,
 zamalowałam !
Jaki kolor tu wybrać?
 Może nakleić  żółtą serwetkę z  białymi kropkami...
 Mam taką...Też nie... mdło, bez wyrazu!
 Poza tym na tej części przedmiotu przy klejeniu się napracuję
 a i tak krzywo wyjdzie!

Dobra... lakieruję, potem się coś wymyśli...

- No... no...  ależ tu się dzieje!  I tak kolorowo! 
 Mąż  przygląda się onej .
- Kolorowo... powiadasz,  inaczej przecież być nie może... 
Mam!!!!  Kropki będą KOLOROWE!

Widać, najprostsze i najbardziej oczywiste rozwiązania są najlepsze!

     Motywy pochodzą z wielu rozmaitych serwetek.  
Jedynie studnia to papier,
 który dostałam od Madzi  na którymś zlocie.
By zatrzeć granice miedzy serwetkami 
musiałam się też odważyć na domalowywania. 
Spod mojej ręki wyszły między innymi 
dolne kwiatki malw, bajorko, mniejszej krówce podrasowałam  tułów,
 który się zdarł podczas klejenia.

     Zwykłym sznurkiem przyklejonym na magika
 zamierzałam podkreślić rustykalny charakter pracy, 
a papierową taśmą serduszkową,
 jej  kwiecistą delikatność.
Zabezpieczyłam lakierem akrylowym matowym.
Kanka stać będzie pod zadaszeniem.

     Nie lubię tzw. "durnostojek",  łapiących jedynie kurz. 
Chciałam bardzo by praca pełniła jakąś funkcję użytkową. 
 Dorobiłam  więc jeszcze dwustronną "wizytówkę":
  "Witaj Gościu" i "Jestem w ogrodzie" :).
 Napisy są odręczne
 i na wszelki wypadek na serwetce w kropki.:)

Zdjęć wklejam dużo, adekwatnie do ilości czasu, 
który spędziłam nad tym projektem.
Et voila!



















 Pozdrawiam serdecznie
 i życzę Wam dobrego odpoczynku 
oraz jeszcze ciepłych i pogodnych dni.
 Marta






niedziela, 1 września 2013

Różana girlanda w trzech odsłonach. Guirlande de roses en trois versions.

 Bonjour!

     Wakacje, wakacje... i już po.
Nie ma to jak się dysponuje wolnym czasem,
 który można poświęcić na swoje ulubione zajęcia.
 Moje wielkie postanowienie nadrobienia decou zaległości
 niestety nie zrealizowałam tak jak sobie zaplanowałam
.  Ale kilka prac skończyłam, choć jeszcze coś tam dokańczam,
 kładę kolejną warstwę lakieru
 gdyż podczas upałów puszek z lakierami nawet nie otwierałam.

     Bardzo lubię róże,
 zarówno te w ogrodzie jak i na wielu papierach decou i serwetkach. 
Jednym z moich ulubionych motywów jest girlanda różana autorstwa Annett Wolf. 
Kilka prac z tą serwetką kiedyś, 
kiedyś już wyszło spod moich rąk.
Między innymi  taki drewniany talerz, 
kupiony w klamociarni za symboliczną złotówkę


piątek, 30 sierpnia 2013

Wyróżnienia są miłe ale...

Bonjour a tous!

     Do napisania tego posta zabierałam się od kilku miesięcy. Od kwietnia, niemalże codziennie o tym myślę, mam wyrzuty sumienia, że na kilka grzeczności  dotychczas nie odpowiedziałam.
Na początku, kiedy blog mój był jeszcze w powijakach, nie za bardzo wiedziałam jak się za to zabrać.  Hasła: kopiuj, wklej, odpowiedz, wybierz, podaj dalej... to wszystko było dla mnie trochę skomplikowane a i co tu ukrywać, również czasochłonne.

Dzisiaj postanowiłam, że MUSZĘ sobie jakoś  z tym wszystkim poradzić i wreszcie odciążyć swoje sumienie.

Na pewno każde wyróżnienie jest swego rodzaju nobilitacją, tym bardziej jeśli przyznane jest od blogerki, która u mnie często bywa a ja u niej.
Toteż chciałabym bardzo serdecznie podziękować za aż 5 wyróżnień, które dotychczas otrzymałam .

Podziękowania ślę więc do

 Agi Walerii http://13oddechowpozniej.blogspot.com/2013_04_01_archive.html


Edyty http://bukietowo.blogspot.com/2013_04_01_archive.html
i Iwony z http://ozdobygipsowe.blogspot.com/2013_05_01_archive.html



 Różanej Ławeczkihttp://rozana-laweczka.blogspot.com/
i Marysihttp://ateliermarysi.blogspot.com/
 



I...przepraszam Was Kochane Dziewczyny oraz proszę nie miejcie mi za złe tego, że nie nominowałam i nie będę rozsyłać swoich nominacji. 
Uważam, że najlepszym dla mnie wyróżnieniem i wielką nagrodą jest  już sama Wasza obecność na tym  "moim kawałku podłogi", tym większa jeśli jeszcze poparta pozostawionym komentarzem, nawet jednowyrazowym.
Poza tym dodanie bloga do swoich  obserwowanych jest swego rodzaju wyróżnieniem. A ja na prawdę do Was uwielbiam zaglądać. 

Toteż za wyróżnienia bardzo dziękuję.



Wyróżnienia są miłe, ale nie dziękuję

Pozdrawiam serdecznie.
Marta

wtorek, 27 sierpnia 2013

Moje miasta: Łańcut


Bonjour!

Łańcut

     To jedno z moich  najważniejszych miast.
Tam się urodziłam, chodziłam do szkoły, zdawałam maturę. 
Gdy wyjechałam na studia, do Łańcuta już nie wróciłam.
Nadal jestem bardzo z nim związana.
 Mam tam mamę, siostrę, rodzinę i bliskich na cmentarzu.

Podczas  wakacji zrobiłam kilka zdjęć. 
Jest na nich Łańcut, nie ten widziany oczami turystów,
 ale mój, ten, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa, 
który trwa niezmiennie od tylu lat.

Nieopodal mojego domu, tuż za rogiem
 stoi kapliczka ze św. Antonim  Padewskim.
 Widnieje na niej zagadkowy napis:  F.I.B.A.D 1819.
 Trzy pierwsze litery być może są skrótem od nazwisk fundatorów.
 W każdym razie faktem historycznym jest, iż ta drewniana kapliczka 
w cudowny sposób oparła się płomieniom jakie wybuchły w 1820 r. 
podczas pożaru całego miasta.


czwartek, 22 sierpnia 2013

Hibiscus, hortensje i spacerek w sierpniowym słońcu.



Bonjour à tous!

    W ogrodzie już pachnie jesienią. 
Niektóre dobra z działki sprzątnięte. 
W słońcu suszą się cebula, strąki fasoli piękny Jaś i szparagowej. 
 Na miejscu ogórków posiana została  gorczyca na zielony nawóz. 
Dojrzewa jeszcze papryka na kilku krzaczkach, 
w ziemi zostało parę rzędów ziemniaków, grządka marchwi i selerów.
A pod folią urodzaj pomidorów! 
Zebrałam ich już na tyle dużo, że mogłam dać do słoików 
i ku naszej radości nadal plonują. 
W tym roku założyliśmy  niewielki tunel foliowy po to, 
by je uprawiać ekologicznie, na naturalnym nawozie.
 "Malinówki " urodziły się ogromne, pachnące i bardzo, bardzo smaczne.

    Z roślin ozdobnych kwitną już te ostatnie, jesienne.
Cynie, moje ulubione, dalie, rudbekie,powojniki, fuksje,
 róże powtarzające kwitnienie, canny.

    Ale tegorocznym numerem jeden w moim ogrodzie jest
 hibiscus bylinowy ( hibiscus moscheutos)
Dotychczas nigdy się z tą rośliną nie spotkałam. 
W mojej okolicy na pewno go nigdzie nie zauważyłam, 
a idąc do pracy, czy spacerując lubię zaglądać za płoty, siatki i ogrodzenia 
i wyszukiwać  posadzone nowości. 
Tak więc mam trzy! 
Świeżutkie, młodziutkie, tej wiosny posadzone:  
o kwiatach kremowych , ciemnoczerwonych i różowych.

W tej chwili kwitnie ten pierwszy, Old Yella.
 Kwiaty, szkoda że tylko jedno lub dwudniowe, 
są przepiękne i ogromne, o średnicy ponad 20 cm. 
Ale na szczęście roślina wytworzyła mnóstwo pąków.


piątek, 16 sierpnia 2013

Szarlotka, ciasto z brzoskwiniami i obrazek


Bonjour a tous!
 
- Ale zjadłbym coś słodkiego...
- Daj spokój!  Nie upiekę, bo sama się złakomię. Przecież postanowiłam...
- Dla mnie zrób, schowam!
- Ale ja i tak znajdę!
- No to może szarlotkę...

    Taki dialog się toczy między nami co najmniej raz w tygodniu. Jabłka w tym roku obrodziły wyjątkowo. Co roku ścieram je do słoików i pasteryzuję, właśnie z przeznaczeniem na to ciasto.

Męża prośbom  należy czasami sprostać. Toteż wyciągam stolnicę i zabieram się do roboty.

Z tego przepisu wychodzi  łatwe, szybkie i pyszne ciasto półkruche z jabłkami, które, śmiało mogę powiedzieć, iż jest moją "specialite de la maison". 


W sytuacji awaryjnej zawsze się sprawdzi.
Nigdy nie zawodzi, nie ma prawa się nie udać nawet mało doświadczonym gospodyniom.
A śmietana im kwaśniejsza tym lepsza. Najlepiej użyć oczywiście tej wiejskiej, takiej tłuściutkiej, żółciutkiej. Ale wierzcie mi, robiłam na 18% ze sklepu, na kefirze, a nawet raz proszku zapomniałam sypnąć i też wyszło i było jadalne.

 Tak więc,  Kochani...
  Szarlotka

 Na ciasto potrzebujemy:
1/2 kg mąki
2 jajka ( można dodać jeszcze 1 żółtko)
15-20 dkg cukru
4 łyżki gęstej kwaśnej śmietany ( najlepiej wiejskiej)
20 dkg masła lub margaryny
2 łyżeczki proszku do pieczenia